nie mogę schudnąć :(

No i mija kolejny tydzień… Waga jak zaczarowana stoi, centymetr też jakoś specjalnie się nie rusza. Jedyny plus jest taki, że ja się czuje lepiej, że ćwiczy mi się łatwiej, że już nie mam zakwasów i że lepiej „wyglądam” w lustrze… Choć to pewnie tylko moje wyobrażenie siebie.

Jak pojechałam do domu to nikt nie powiedział „WOW super wyglądasz”, albo „dobrze Ci idzie”. Tak jakby nikt nie zauważył różnicy a z drugiej strony, nie było docinek, że muszę się wziąć za siebie, że jak tak dalej będę się zachowywać to będę gruba, chora i w ogóle… ale to też może dlatego, że ostatnio pokłóciłam się z mamą o to strasznie i powiedziałam, że to wcale mnie nie motywuje. Nie wiem czy ktoś coś zauważył

Wczoraj jak leżałam z chłopakiem i głaskał mnie po policzku usłyszałam najmilsze słowa w ostatnich dniach
– jak tak dalej będzie to będę Cię musiał głaskać po nosie, bo nic z Ciebie nie zostanie.
To było takie szalenie miłe Zwłaszcza, że sam zaczął zauważać [skomentował jeszcze coś, ale nie mogę przytoczyć .

Rozpisałam sobie plan treningowy i trochę go uzupełniłam Wczoraj jak go przerobiłam, to nie dość, że w końcu wszystko udało mi się zrobić to jeszcze nic mnie nie bolało! Czułam się cudownie!! Dzisiaj będę musiała trochę podkręcić tempo. Mam nadzieję, że dam radę MUSZĘ DAĆ!! W końcu siostra poprosiła mnie na światka! Muszę wyglądać super, żeby nie zepsuć jej fotografii weselnej Poza tym, już wcześniej marzyła mi się taka sukienka na jaką nigdy nie mogłam sobie pozwolić. Chcę wyglądać i czuć się pięknie. A skoro jest cel z konkretna datą to muszę to wykorzystać! Początek wakacji to jak widać za słaba motywacja, ale wesele? To zupełnie co innego. Zwłaszcza, że będę na niższym stopniu świecznika

No to co? LECĘ DALEJ!!!

P.S. Dzisiaj jak się szykowałam, i stanęłam w łazience przed lustrem, bez specjalnego napinania mięśni miałam tak płaski brzuch jak nie pamiętam kiedy! To takie cudowne uczucie było!!

ul. Rybacka | Park pod Brzozami | | | Kopalnia piasku | TBS-y | Poczta |

Znowu magiczna granica na wadze… tak jakby się zepsuły pierwsze dwie cyfry… No masakra! To takie demotywujące… Do tego rozłożyło mnie przeziębienie. Przewiało mnie w pracy, bo klima wieje mi po plecach… a w weekend impreza w domu! To jakaś porażka! Chce do domu!

Jeszcze większa porażka – moje ćwiczenia… Przedwczoraj nic! Wczoraj zmotywował mnie chłopak to zrobiłam serię brzuszków… A reszta? To jakaś porażka! Jestem zmęczona, wykończona wręcz. Chce mi się spać i nie mogę się skupić na pracy. Straciłam wenę do układania posiłków i dzisiaj rano przy śniadaniu zdałam sobie sprawę z tego, że w sumie nie mam nic „super” na obiad… Ciągle to samo!

Przed wczoraj zdałam sobie sprawę z tego ile razy i ile lat próbowałam coś ze sobą zrobić… To przerażająca liczba! 8 LAT!! W tym czasie gdybym chudła średnio 0,3kg MIESIĘCZNIE miałabym idealną sylwetkę! A tym czasem? Starałam się o siebie „dbać” przynajmniej 5 razy. I co? Zwykle kończyło się to wracaniem do „normalnego” jedzenia i powrotem wszystkiego!! Jest mi cholernie przykro, czuje się z tym mega źle i gdyby nie to, że jestem taka słaba to byłabym „idealna”… Nie… nie poddaje się. Mam tylko chwilę załamania i przemyśleń. To takie przykre podsumowanie. Mam nadzieję, że mi przejdzie.

praca

Ja jak to ja, nigdy wcześniej tylko jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę. W ostatnim tygodniu lipca wzięłam urlop. Przyjechała mama na tydzień więc trochę pojeździłyśmy i pozałatwiałyśmy parę spraw, oczywiście obeszłyśmy prawie wszystkie galerie w poszukiwaniu sukienki na wesele dla mamy i tak jakoś zleciał tydzień.

W poniedziałek – ostatniego dnia lipca – przychodzę do pracy, ale jakoś tak czułam, że wisi coś w powietrzu. O 10:15 mój dyrektor do mnie pisze, czy mogę przyjść do niego tak koło 10:30 pogadać. To ja już ściśnięte gardło… nigdy tak nie pisał. Mówił żebym zjadła II śniadanie przed, ale przez te 15 minut siedziałam jak na minie. W ogóle nie mogłam się skupić. Poszłam – no i choć w nawet miłej atmosferze jak na okoliczności – wyszłam z wypowiedzeniem. Powiedział, że mogę wyjść teraz, albo posiedzieć do tej 16, jak wolę. Stwierdziłam, że wracam do domu z dwóch powodów. Po pierwsze to muszę zacząć szukać nowej pracy, a po wtóre starałam się zachować powagę i nie rozpłakać.

W pewnym momencie napłynęły mi łzy do oczu, ale zaczęłam mrugać i udało się stłumić. Szybko wyszłam i poszłam na autobus. Z tym całym tobołem rzeczy… Wróciłam do domu, zabrałam się za przepisywanie CV, bo przez rok dużo się zmieniło. Zalogowałam się znowu na platformę z ogłoszeniami i wysyłałam CV tam gdzie pasowałam doświadczeniem i umiejętnościami.

Niestety po miesiącu poszukiwań dalej „nikt” mnie „nie chce”… To jest straszne!! Mam 2 lata doświadczenia, a i tak twierdzą, że za mało… Nikt nie chce mi dać szansy… Uwierzyć mi, że dam radę i że się sprawdzę.

Pan Łukasz Łukaszowski zwany czasem przyjacielem zadbanej kobiety wysłał moje CV u siebie w firmie do działu interpersonalnego zwanego czasem działem kadr. Stwierdzili, że mimo że nie mają rekrutacji teraz to spotkają się ze mną. Tuż przed tym długim weekendem miałam pierwszą rozmowę. Tydzień później zaprosili mnie na drugą i mówią, że muszą się zastanowić czy w ogóle otwierać nowe stanowisko, a jak tak to czy spełniam ich wymagania. Dali sobie czas do wtorku włącznie. No i zadzwoniła wczoraj… Początek standardowy: „Dzień doby… Mieliśmy się odezwać do wtorku, a że jest 14:30 to się zmieściłam…”. I tak sobie myślę: „Powiedz, że nie przyjmujecie mnie i z głowy”. A tu nie!! Stwierdzili, że mnie zatrudnią!! To jest w ogóle… Coś niemożliwego!! Ale jest mały haczyk – od października. Teraz mam wypłatę, za okres wypowiedzenia… Ale co będzie w październiku? Wypłatę dostanę dopiero w listopadzie . Stwierdziłam, że muszę zacisnąć pasa i odłożyć z tej wypłaty ile się da… no ale na czynsz nie starczy. Chłopak powiedział, że mi pomoże, no ale… to też będę musiała oddać. I późnym wieczorem koleżanka z byłej pracy, która teraz zakłada swoją firmę zaproponowała mi czy mogłaby jej zrobić stronę firmy. Po prostu z nieba mi spadła!!

Dzisiaj Pan Łukasz Łukaszowski zwany czasem przyjacielem zadbanej kobiety wymyślił, że weźmie dodatkową pracę na pół etatu. Stwierdził, że on ma większe szanse na zarobienie kasy w miesiąc, niż ja, bo ja mam problem z tą ręką… W ogóle sytuacja teraz wygląda tak, że czekam na zabieg nacinania ścięgien… do stycznia… Szybciej się nie da, albo 1200pln. Pieniądze z nieba niestety nie lecą…

Więc tak podsumowując
Nikt mnie znowu nie chciał… Ale osobowością wygrałam życie i udało się znaleźć pracę. Na szczęście nie było już tak źle jak w zeszłym roku. Choć wtedy wiedziałam, że nie mam żadnego doświadczenia komercyjnego, jestem samoukiem, więc łatwiej było przyjąć odmowę i stwierdzenie, że mam za małe umiejętności… Teraz przez ten rok bardzo się rozwinęłam, wiele, wiele się nauczyłam… Ale dla tych wszystkich rekruterów liczy się, że nie pisałam obiektowo i skreślają mnie na wstępie. A tydzień temu się wkurzyłam i stwierdziłam: „Kurde! Przecież w innych językach pisałam obiektowo, a to prawie to samo. Więc co? Nie dam rady?! Oczywiście, że dam! I nikt już nie będzie mnie skreślać z takiego powodu!!!”. No i w jeden dzień napisałam logowanie i rejestracje użytkownika. Nie było wcale tak źle. Miałam chwilę zwątpienia, że może faktycznie mają rację, ale potem się otrząsnęłam i wróciła pewność siebie. I dopiero we wtorek dotarło do mnie: „Kurde kobieto! Minął miesiąc, a Ty dalej nie masz pracy! Tyle mogłaś zrobić i co? Nic z tego nie wyszło… Ogarnij wreszcie, że nie masz pracy!!”. Chciało mi się płakać, ale że jechałam z Panem Łukasz Łukaszowski zwany czasem przyjacielem zadbanej kobiety to nie chciałam tego po sobie pokazać i szybko się ogarnęłam. Wiem, że lada dzień odchoruje tą sytuację… Ale teraz w końcu zaczęło się układać 🙂

 

Zobacz także:

wychowanie

Jedna z moich koleżanek w czasie ostatniej naszej rozmowy stwierdziła, iż cieszy się, że ma niegrzeczne dziecko. Bo fajnie mieć łobuziaka w domu. Hmm…  Co znaczy słowo GRZECZNY? Chyba nie trzeba tłumaczyć bo myślę, że dobrze wiecie. Ja wszystkim życzę grzecznych dzieci. Dlaczego? Bo grzeczność wiąże się z wysoka kulturą osobistą i umiejętnością przestrzegania pewnych zasad. Człowiek grzeczny zna swoje miejsce, umie odnaleźć się w otaczającym go świecie, m.in z uwagi na to, iż go szanuje.

Wolę grzeczne dzieci. To, że są posłuszne, nie oznacza, że nie są kreatywne czy asertywne. Autorka tamtego bloga twierdziła np., że grzeczny nie umie odmówić. Otóż, grzeczność nie wiąże się z asertywnością. Grzeczny odmówi w sposób kulturalny. Niegrzeczny odmówi prawdopodobnie „po chamsku”. I tyle.

Wolę grzeczne dzieci. Bo wiedzą, w jaki sposób zachować się w rozmaitych sytuacjach. To, że są grzeczne nie oznacza, że są nudne czy stłamszone. Absolutnie.

I tak sobie pomyślałam, że te niegrzeczne dzieci to w dużej mierze (może nawet największej) efekt bezstresowego wychowania, które jest szalenie modne. A niech sobie dziecko krzyczy, kiedy chce (no, przecież musi otwarcie okazywać swoje emocje); niech robi, co chce (nie wolno zabijać jego indywidualności), niech mówi, kiedy chce…

Oczywiście, i pokrzyczeć czasem trzeba. Ale wszystko w pewnych granicach. Nie wtedy, kiedy nam się podoba.

Od razu zaznaczam, to, co piszę, nie dotyczy sytuacji wyjątkowych, np dziecięcych dysfunkcji czy poważniejszych chorób, które mogą powodować, nazwijmy to, łobuzowanie dziecka. Piszę o większości dzieci, nie obciążonych żadnymi „brakami”. Czy więc wychowywać należy bezstresowo? Odpowiedź wydaje się jasna jak słońce. Przynajmniej dla mnie.

Nie ma nic gorszego aniżeli bezstresowe wychowanie. Każdemu potrzebna jest przynajmniej odrobina adrenaliny, poczucia niepewności czy strachu. W rozsądnych dawkach jest to bardzo stymulujące. To tak jak rywalizacja – pobudza do działania, większego wysiłku, lepszej pracy. Oczywiście, pod warunkiem, że nie zamienia się w przysłowiowy wyścig szczurów.

Tymczasem w dzisiejszych czasach, jeżeli nawet tego tak nie nazywamy, „modne” i „trendy” jest wychowywanie dziecka właśnie bezstresowo. Nawet już nie wypada mówić o karaniu. Należy używać określenia „wyciągamy konsekwencje”, jakby słowo „kara” miało wywołać w dziecku jakąś traumę.

Coraz częściej dzieciom wolno więcej i więcej, nie stawia się im granic albo jakieś stawia, tyle że się ich nie przestrzega. W związku z tym i wymaga się mniej – w zakresie wychowania, tzw. kindersztuby, kultury osobistej itp. Zapracowani (z musu albo z chęci, jedni dążą do zdobywania pieniędzy na własne zachcianki, albo aby żyć na określonym wysokim poziomie, inni natomiast mają kredyt – często jest to kredyt hipoteczny) rodzice zaczynają tracić kontrolę nad poczynaniami własnych pociech w pogoni za pieniędzmi.

Takie wychowanie w domu w naturalny sposób przekłada się na przykład na funkcjonowanie dziecka w szkole.

Dzieci spędzają tam bardzo dużo czasu, zwłaszcza w szkołach niepublicznych. Nierzadko wracają do domów ok godziny 17, 18. Szkoła staje się dla nich drugim domem, wychowawca w pewien sposób drugim rodzicem. Oboje starają się wychowywać młodego człowieka, pomóc mu iść po „dobrej stronie mocy” . Jest to jednak proces szalenie trudny. Szkolne systemy oceniania zderzają się bowiem z domowymi systemami oceniania, które bywają tak różne, jak różni są ludzie wokół nas. Póki rodzic współpracuje ze szkołą, podtrzymuje autorytet „belfrów”, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przypadku jakichkolwiek kłopotów wychowawczych, damy sobie z nimi radę. Niestety, coraz częściej zdarza się, że tego współdziałania brak.

Jakiś czas temu zaszokowała mnie wypowiedź jednej z polskich gwiazd, która w telewizji śniadaniowej stanowczo stwierdziła, że cokolwiek zrobi w szkole któreś z jej dzieci, ona i tak stanie po ich stronie. Nie ma znaczenia, co i w jak dużym stopniu „nabroją”, ona będzie walczyć z nauczycielami w ich imieniu. Po to jest matką, żeby zawsze bronić swoich pociech. Jej wypowiedź szybko znalazła się w internecie i była szeroko komentowana. Wielu osobom spodobało się jej podejście (sic!). A przecież jest ono karygodne! Matka ma kochać, ale jak trzeba, odpowiednio skarcić. Przepraszam, przepraszam – wyciągnąć konsekwencje.

Dziecko, które wie, że cokolwiek zrobi, i tak rodzice go wybronią, staną po jego stronie, ma, moim zdaniem, skrzywiony obraz rzeczywistości. Mało tego, rodzice postępujący jak wspominana gwiazda, wyrządzają mu ogromną krzywdę. Pokazują, że może praktycznie wszystko, jest wolny, a za „psoty” nie spotka go nic złego. Dlaczego więc nie psocić?

Zobacz także: Ulica Miętowa | Pomnik Jana Pawła II | Wiadukt Siemianice | | Ulica Jagodowa | Park | | | Ulica Ku Słońcu

Podobnie dzieje się, gdy w domu nie stawia się granic i od czasu do czasu nie mówi dziecku: Nie, tego ci nie wolno. Są sytuacje, kiedy tak właśnie musi być. Pewnych rzeczy dzieciakom po prostu nie wolno. Nie dotykaj czegoś, co nie jest twoje. Zapytaj o pozwolenie, jeśli chcesz coś wziąć albo coś poważniejszego zrobić. Zwracaj się z szacunkiem do osób, z którymi rozmawiasz. Nie jesteś partnerem rodziców, jesteś ich dzieckiem, a więc nie podnoś na nich głosu. Jeśli ktoś prosi cię o ciszę, uszanuj to. Jeżeli umawiamy się na coś, MUSISZ dotrzymać słowa… I tak bym mogła wymieniać (prawie) w nieskończoność.

O ile łatwiej byłoby nam wszystkim – w szkole, w domu – gdybyśmy o tym pamiętali. O tym, że nikt nie funkcjonuje dobrze bez granic i poczucia, że NIE WSZYSTKO NAM WOLNO. A zasady są jednak głównie po to, żeby się do nich stosować.

kobiecość

Magda niedawno skończyła studia medyczne i staż w szpitalu. Urodziła też dziecko. Nie było planowane. Ot, klasyczna wpadka. Rodzice zaoferowali jej wsparcie i pomoc. Partner się ucieszył. Zaczęli snuć plany na przyszłość. Niestety, Magda nieco inne niż Tomek.

Ona chciała jak najszybci;ej wrócić do pracy, żeby robić wymarzoną specjalizację – ginekologię. Urlop macierzyński, jaki jej przysługiwał, uznała za długi. Tomek uważał, że Magda powinna skorzystać z całego urlopu, a specjalizację zrobić później. Dziewczyna czuła się niezrozumiana, zarzucała partnerowi, że jej nie rozumie, nie dba o jej potrzeby.

Młodzi mieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu. Tomek po krótkim urlopie tacierzyńskim wrócił do pracy w szpitalu. Magda zajmowała się malutkim synkiem. Kiedy tylko Tomek miał przerwę w pracy lub ją skończył, wracał szybko do domu i zajmował się dzieckiem. Magda bardzo dbała, żeby oboje, w takim samym stopniu wychowywali chłopczyka. Nawet kiedy ukochany wracał do domu późnym wieczorem, czekała na niego z kąpielą i usypianiem, bo uważała, że ojciec ma taki sam obowiązek zajmowania się dzieckiem jak matka.  Tomek zaczął być potwornie zmęczony i niewyspany, bo w nocy razem z Magdą wstawali do małego, bez względu na to, czy rano musiał  wstać do pracy, czy nie. Pewnego razu, po nieprzespanej nocy zaspał i nie stawił się na czas na ważnym zabiegu. Dostał niezłą reprymendę. Jakby nie było – zasłużenie. Co kogo w pracy obchodzą jego prywatne sprawy. Kiedy wrócił do domu, był nieźle wkurzony. Powiedział Magdzie, że dłużej tak nie może być, bo on nie daje rady pracować. Ona musi wziąć na siebie większość obowiązków związanych z dzieckiem. Magda też się zdenerwowała. Mówiła, że oboje są rodzicami, nie tylko ona.

Niedługo powrócił temat jej pracy. W jej ukochanym szpitalu nie było miejsc na specjalizację, która interesowała Magdę. Tomek stwierdził, że przecież to nie szkodzi. Może w tym czasie być tylko mamą i poczekać, aż będą miejsca. Magda wzburzona stwierdziła, że nie zamierza tylko zajmować się dzieckiem, chce pracować i już. Nie będzie czekać, poszuka pracy gdzie indziej.

To, co mnie uderzyło w tej historii, to po pierwsze podejście kobiety do równouprawnienia. A dokładniej, mamy dziecko, to teraz będziemy równiutko dzielić się obowiązkami. Ja podaję obiad, ty kąpiesz. Ja przewijam, ty usypiasz. I nie ma odstępstw, musi być równo, do cholery, bo kobieta ma takie same prawa i obowiązki jak mężczyzna.

Zobacz także:

Dla mnie to maksymalna fikcja i kretyństwo.

Jeśli kobieta jest na urlopie macierzyńskim, a mężczyzna pracuje całymi dniami, to, z całym szacunkiem, ale niech ta babka się ogarnie i przejmie większość obowiązków związanych z rodzicielstwem. Nic się jej nie stanie. O większej „równości” możemy pogadać, jak oboje rodzice pracują. I to w podobnym wymiarze. Wtedy ok, trudno, żeby kobitka brała na siebie wszystko, co związane z domem. Denerwuje mnie takie podejście do równouprawnienia, bo ono w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, żeby dokopać facetom, żeby chyba im pokazać, że teraz to my rządzimy. Wcale nie musi być po równo. Musi być dobrze. Dla dziecka, dla jego rodziców. Teraz jest modne, żeby ojciec angażował się w wychowanie pociechy w jak największym stopniu. Ok, piękna idea. Ale nie można ślepo podążać za jakąkolwiek ideą 🙂 Angażujmy się w rodzicielstwo na miarę własnych możliwości. Jeśli tata wraca z pracy po godzinie 19 czy 20, to może niekoniecznie będzie miał siłę na kąpanie i usypianie dzieciątka? Trzeba się z tym liczyć i to uszanować. Jeśli codziennie wstaje raniutko do pracy, to może dobrze byłoby go zwolnić ze wstawania do dziecka w nocy? Skoro mama jest w domu i do pracy nie wychodzi?

Po drugie, szybki powrót do pracy. Jak trzeba, to trzeba. Ale jeśli nie, to może warto z tym dzieckiem trochę w domu posiedzieć? Urlop macierzyński trwa teraz chyba ok. 12 miesięcy? Sorry, nie jestem już w temacie 🙂 Co to jest 12 miesięcy? Nic. A z drugiej strony to najważniejszy rok w życiu dziecka. Skoro je urodziłyśmy, to może odpowiedzialnie poświęćmy mu teraz trochę czasu, co?

Oczywiście, wyobrażam sobie, zresztą nawet wiem, że są sytuacje, kiedy kobieta musi wrócić szybko do pracy (brak pieniędzy, rozmaite problemy…). Ok. Ale Magda na przykład nie musiała. Miała wsparcie, pomoc, pieniądze. A jednak postanowiła skrócić urlop. Staram się jej nie oceniać, ale to trudne, powiem Wam. Wkurzam się. Bo nie zawali się świat, jeśli zacznie specjalizację później. A dodatkowe miesiące spędzone z synkiem na pewno zaprocentują.

Coś o tym wiem, bo po urodzeniu pierwszego dziecka prędko wróciłam do pracy. Siła wyższa. Byłam z nim sama, bez alimentów. Kiedy skończył mi się urlop macierzyński (wtedy 6 miesięcy), natychmiast pojawiłam się w szkole. Po urodzeniu drugiego dziecka miałam niesamowity komfort i skorzystałam nie tylko z urlopu macierzyńskiego, ale  i wychowawczego. Mogłam sobie na to pozwolić. Owszem, ostatni-trzeci rok urlopu wychowawczego trochę już mnie nudził. Brakowało mi aktywności zawodowej. Jednak uważam, że to była dobra decyzja. Nie żałuję. Szkoda, że nie mogłam tego dać starszemu synowi. Widzę po młodszym, jak wiele stracił jego brat. Takie są fakty.

Mam nieodparte wrażenie, że kobiety teraz coraz bardziej zapędzają się w swojej wolności, w swojej równości 🙂 Jasne – szczęśliwa mama – szczęśliwe dziecię, tatarata i takie tam… Jednak bez przesady. Bez przesady. Żeby była jasność: żadna ze mnie matka-Polka. Mam swoje pasje i czas tylko dla siebie, do których moje dzieci nie mają wstępu. Uwielbiam pracę zawodową. Jestem kreatywna, energiczna i w ogóle super 🙂 Serio. Nie wiem nawet, czy nie lepszy ze mnie pracownik niż mama. Serio. Jednakowoż, jak widzicie, mam swoje przemyślenia. Trochę martwi mnie droga, którą podąża współczesna kobieta. Jakaś mało kobieca ta droga.

politycznie

Dzisiaj trochę politycznie będzie…

Straszne przepychanki do Rady Europejskiej ostatnio się zrobiły. który kanał w TV by nie włączyć, to wszędzie gadają tylko tym, że Tusk to… Merkel  tamto… Lagart (tak to się pisze? ) jeszcze co innego… Co chwilę mówią tylko o poszukiwaniu porozumienia pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi Unii Europejskiej, jednak tak na prawdę nikt im tego porozumienia nie może przecież narzucić. Niezależnie czy będzie ku temu dążył pochodzący z Flandrii premier Belgii (swoją drogą młody i przystojny facet 🙂 )Wszyscy zastanawiają się tko pokieruje poszczególnymi instytucjami UE. Tyle, że odnoszę wrażenie, że oni wszyscy dużo gadają o tym, że będą rozmawiać, prowadzić działąnia koordynacyjne wraz z osobami funkcyjnymi odpowiedzialnymi za politykę zagraniczną poszczególnych krajów, jednak… na gadaniu się kończy. Ja jako obserwator tych wszystkich działań odnoszę wrażenie, że to wszystko jest bardzo na pokaz. Każdy z tych polityków tylko mówi, że będzie robił, że będzie działał jednak tych działań jakoś nie specjalnie widać. Politycy mają dość ciekawą pracę. Siedzą dyskutują, spotykają się na obiadkach, kasują olbrzymie pieniądze (tak, tak, ja rocznie nie zarabiam tyle, co oni mają w jeden miesiąc) i w sumie to nie o pieniądze chodzi, bo pieniądze rzecz nabyta, ale co chwilę słychać, że jeden z drugim mają olbrzymie posiadłości, jachty, prywatne samoloty i… to wszystko na olbrzymie, często nie spłacane kredyty. Kredyt myślałam, że jest to narzędzie dla biedniejszych (czytaj mniej zarabiających) aby mogli sobie pozwolić na życie na trochę wyższym poziomie, natomiast jak ktoś zarabia 40.000 zł miesięcznie to nie musi brać kredytów.

Myliłam się.

Impas w Brukseli trwa. Dziennikarze dopytują się, co my jako Polska ugraliśmy w UE, dlaczego niszczymy praworządność  w Polsce, co z konstytucją itp. Tyle, ze te wszystkie pytania były tydzień temu, miesiąc temu i pół roku temu również. Żadnych postępów? Odnoszę wrażenie , że do polityki pchają się ludzie , którzy nie do końca są wykształceni, mają problem z wysławianiem się, mają problem z ogarnięciem struktur i problemów. Najważniejsze wyzwanie przed kierownictwem Unii Europejskiej? według polityków dalsza próba stabilizacji i wprowadzenie do końca reform Junkera. A co o klimacie? Klimatolodzy biją na alarm, że sytuacja jest tragiczna, ale to jakby polityków trochę mniej interesuje, najważniejsze teraz kto i jak będzie rządził i jakie będzie miał wpływy.

 

Zobacz także: Ulica Ku Słońcu | Biedronka | Wiadukt Siemianice | | Ulica Jagodowa | Park | | | Ulica Spacerowa

 

Dodatkowo odnoszę wrażenie, że cały czas nas straszą wszelkiego rodzaju kataklizmami:

  • problemy strukturalne na linii Trump Merkel
  • problemy cywilizacyjne jak np. klimat i wzrost poparcia partii Zielonych nie rozwiązuje problemu, ale przynajmniej sygnalizuje wzrost świadomości
  • obrażający się na cały świat Trump
  • problemy migracyjne
  • zalew gospodarczy Chin
  • brak efektywnego kapitału politycznego w strukturach europejskich
  • niestabilna polityka Stanów Zjednoczonych
  • problemy z Chinami w dwojaki sposób, po pierwsze samo rośnięcie Chin i ich masowa ekspansja nie tylko na rynek europejski , ale na cały świat, po drugie niestabilność relacji na linii Chiny – USA
  • agresywna polityka Rosji
  • itd.

Długoflowe problemy to są problemy cywilizacji współczesnego świata i ich nie rozwiążą rywalizujące o dominację mocarstwa tego świata Jak Rosja wkładająca kij w szprychy, czy Donald Trump nakładający na kolejne kraje sankcje w  nie do końca przemyślany sposób. Każdy każdemu podkłada nogę zamiast wspólnie pomyśleć nad rozwiązaniem problemu. Politycy mówią, że mówią, i mówią, ze trzeba mówić, ale jako takiego działania nie widać. I w sumie nie tylko w polityce Unii Europejskiej, ale ma się wrażenie na na szczeblach wyższego rzędu jest może nie stagnacja, ale swojego rodzaju impas, bo każdy by może i chciał, ale nie wie jak zainicjować działania w taki sposób aby były one dostrzegalne i w realny sposób zainicjował do działania w kierunku zażegnania kryzysów na poszczególnych liniach.

Jeżeli nic w tym kierunku nie zaczną robić politycy, to takie przyziemne problemy jakim jest np. masa worków foliowych na plaży nad naszym pięknym Bałtykiem, czy kawałki parafiny wyrzucane na brzeg staną się nieodwracalna codziennością. A gdzie te czasy, że piasek na plaży zawierał tylko muszelki i kamyczki ?

 

życiowo

Fortuna kołem się toczy

Jakiś czas temu, może z 6 lat … pracowałam w pewnej prywatnej szkole. Była to szkoła, która wyciągała z kieszeni duuuużo pieniędzy. Jednakże mimo niezwykle wysokiego czesnego wielu rodziców posyłało do niej swoje pociechy. Jakby nie było, są wśród nas ludzie bogaci i szalenie bogaci 🙂

Byłam wtedy wychowawcą pewnej klasy i uczyłam w niej języka polskiego. Uczniów miałam przeróżnych, łączyło ich wszystkich bogactwo rodziców. I jak to z majętnymi osobami bywa, jedni dźwigali „brzemię” bogactwa ( 🙂 ), inni nie. Jedni byli absolutnie niezepsuci, inni nieco zblazowani a jeszcze inni zepsuci na maxa 🙂

Wśród moich wychowanków był przemiły chłopak, nazwijmy go Grzegorz. Pochodził z rodziny nie tylko majętnej, ale też odznaczającej się bardzo wysokim poziomem kultury, obycia i szerokich horyzontów. Uczęszczał do mojej szkoły wraz z dwójką rodzeństwa (wyobrażacie sobie to baaaaardzo wysokie czesne pomnożone przez trzy?). Ich mamę widywałam praktycznie codziennie – nie pracowała zawodowo. Był to jeden z tych rodziców, jakich każdy nauczyciel chciałby mieć na pęczki 🙂 Kulturalna, bez głupich roszczeń, współpracująca ze szkołą, wspierająca i swoje dzieci, i ich nauczycieli. Przemiła, uśmiechnięta, sympatyczna. Elegancka i z klasą.

Z tatą Grzegorza widziałam się przez tych kilka lat raptem kilka razy. Bardzo zapracowany. Podobnie jak żona kulturalny i na poziomie. Może nie tak uśmiechnięty i ciepły jak ona, ale miły i zainteresowany edukacją swoich dzieci.

Cała rodzina kompletnie niezblazowana i niezepsuta. Grzegorz, jego siostra i brat byli uczniami, o jakich każdy nauczyciel marzy 🙂 Odpowiedzialni, solidni, pracowici, ambitni, zdolni, uczynni, empatyczni…

Jednym słowem cudowna rodzina.

Po kilku latach odeszłam z tej szkoły. Przez długi czas nie miałam więc pojęcia, jak potoczyły się dalsze losy rodziny Grzesia. Wiedziałam, że on świetnie radzi sobie w gimnazjum, potem zdał do dobrego liceum, przeprowadził się… I tyle.

Całkiem niedawno (co za zbieg okoliczności) mama Grzegorza skontaktowała się z moim mężem w sprawach zawodowych. I tak, rodzina mojego dawnego ucznia w jakichś sposób ponownie zagościła w moim życiu.

Okazało się, że tata Grzesia nie pracuje. Nie dlatego, że nie chce. Ciężko choruje na depresję. Ciężka, stresująca praca ponad siły spowodowała, że nie poradził sobie z jej ciężarem. Stopniowo popadał w coraz większą apatię, melancholię, aż pogrążył się w depresji całkowicie i przestał pracować, bo po prostu nie był w stanie.

Mama Grzesia powiedziała, że jest im potwornie ciężko. Finansowo, bo ciężar utrzymania rodziny spoczął na jej barkach, a przecież wcześniej zajmowała się domem i zawodowo nie pracowała. Oprócz tego cały czas musi opiekować się mężem, którego stan jest naprawdę ciężki. Grzegorz, jak się okazało, studiuje za granicą. Kiedy w domu nastąpił krach, podjął odważną decyzję, że pozostanie za granicą i sam się będzie utrzymywał. Udało mu się to. „Podglądamy” go z mężem na FB – studiuje, ciężko pracuje, praktycznie nie ma chwili dla siebie, ale cały czas się uśmiecha i optymistycznie patrzy w przyszłość. Daje radę, czym niezwykle mi imponuje. Rodzeństwo też dobrze sobie radzi. Pilnie się uczą, pomagają rodzicom.

Nie na wiele ich stać, delikatnie mówiąc, ale się nie buntują. Skoro musi tak być, to trudno. Trzeba żyć nadal.

I tak, popatrzcie, fortuna kołem się toczy. Bywają lata tłuste, bywają i chude. Człowiek sobie żyje. Ma wszystko, czego mu do szczęścia potrzeba, ma zdrowie, ma pieniądze, ma kochających bliskich, aż przychodzi moment, który zmienia w życiu wszystko. No, prawie wszystko.

Ta historia to też dowód na to, jak można się w życiu zapędzić, jak praca może człowieka zniszczyć. Mówi się, że powinniśmy pracować, żeby żyć. Tymczasem niejednokrotnie żyjemy, żeby pracować. I to jest chore.
Nie tylko pieniądze, ale inne wartości powinny się liczyć przede wszystkim.

Zobacz także: Ulica Ku Słońcu | Pomnik Jana Pawła II | Wiadukt Siemianice | | Ulica Jagodowa | Park | | | Ulica Spacerowa

chyba pęknę ze śmiechu…

***

Znalazłam gdzieś informację, że to zjawisko ma oficjalną nazwę – syndrom sezonowej depresji przedświątecznej.

Czy ma to związek z, nazwijmy to, sezonowym rodzajem depresji, wywoływanej przez brak światła i brak kontaktu skóry ze słońcem? Pewnie w jakimś stopniu na pewno. Wszak Boże Narodzenie przypada na grudzień – najkrótsze dni, najmniej słońca…

Od strony, powiedzmy, medycznej wygląda to tak: Latem, promienie słońca przechodzą przez siatkówkę oka. Wysyłają sygnał do mózgu, nakazując wstrzymanie produkcji melatoniny, jednego z hormonów determinujących cykl snu. Jednak wraz z nadejściem zimy ten sygnał staje się zbyt słaby, a produkcja melatoniny pozostaje wysoka, nawet w ciągu dnia. To dlatego zimą częściej odczuwamy zmęczenie, senność i przygnębienie. A więc, nadal kombinując, powiedzmy, medycznie, należy uzupełnić niedobory witaminy D3. Jest to szalenie ważne, o czym przekonałam się osobiście. W zeszłym roku skarżyłam się różnym lekarzom, że od dłuższego już czasu jestem przemęczona w stopniu podejrzanym. W końcu endokrynolog zlecił mi kilka badań, w tym sprawdzenie poziomu witaminy D3. Jej optymalny poziom w surowicy wynosi od 45 do 70 ng/mL. Mój wynik? 16. Nieźle, co? W ciągu kilku miesięcy uzupełniłam braki i poczułam różnicę. Obecnie cały czas przyjmuję profilaktycznie jedną tabletkę dziennie. Czy już nie czuję senności i zmęczenia? W tym roku mam podwójny „zapierdziel” w pracy, więc, oczywiście jestem jakby lekko „padnięta”, ale teraz to zrozumiałe i uzasadnione.

Witamina D3 jest ważna! Polecam sprawdzenie, ile jej tam macie, tym bardziej, że jej prawidłowy poziom jest też szalenie istotny w profilaktyce osteoporozy. A to, kochane kobitki, same wiecie, jest rzeczą, której zbagatelizować nie można. Nie daj Boże się na stare lata zacząć łamać 🙂

A teraz już nie medycznie tylko raczej, powiedzmy, psychologicznie…

Sezonową depresję pod koniec roku może bardzo nasilać samotność lub złe relacje z otoczeniem, sprawiające, że święta Bożego Narodzenia niezbyt cieszą. Okres ten, paradoksalnie, przypomina o samotności, o życiu bez rodziny, bez przyjaciół. Popatrzmy na reklamy, filmy, książki związane ze Świętami. Właściwie wszystkie gloryfikują ten czas jako rodzinny, pełen miłości, radości i spokoju. A co zrobić, kiedy w naszym życiu tego brakuje? Wtedy trafia nas szlag na widok tego, co świąteczne, bo automatycznie przypomina o brakach w naszej codzienności.

Podobno istnieje pięć kręgów społecznych, czyli obszarów spotykania się z innymi ludźmi:

  • rodzina,
  • przyjaciele,
  • praca (studia, szkoła w przypadku młodych ludzi),
  • czas wolny, zainteresowania (kluby sportowe, kulturalne, stowarzyszenia, podróże, parafia itd.),
  • sąsiedzi.

Zobacz także: Ulica Miętowa | Pomnik Jana Pawła II | Wiadukt Siemianice | | Ulica Jagodowa | Park | | | Ulica Spacerowa

Warto i należy w swoim otoczeniu mieć osoby bliskie z tych właśnie kręgów. Dbać o relacje z nimi. Jest to, mam wrażenie, w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze. Tak bardzo bowiem jesteśmy zagonieni, zapracowani, skupieni przede wszystkim na sobie. A przecież samotność, jaka wiąże się z brakiem „znajomych z kręgów”, to przerażające zjawisko. Człowiek jest istotą społeczną. Stworzono go, by wchodził w relacje z drugim człowiekiem.

Tymczasem w ciągu ostatnich 3 lat, liczba samotnych osób dramatycznie wzrosła. Liczba osób w wieku poniżej 40 lat, których dotyka zupełna samotność, podwoiła się od 2010 roku. Liczba osób powyżej 75 lat, które żyją w odizolowaniu wzrosła o 50% od 2010 roku!

Co z tym zrobić? Nie sądzę, by był na to cudowny lek. Każdy z nas może próbować polepszyć sytuację tam, gdzie jest to możliwe, czyli w swoim otoczeniu i we własnym życiu, będąc uważnym, przewidującym, nie dając się złapać w pułapkę samotności.

Zwolennicy teorii pięciu kręgów twierdzą, że na każdym etapie życia, musimy czuwać, aby nasze życie było jak najbardziej zrównoważone. Musimy dbać o wszystkie pięć kręgów społecznych. Bardzo szczęśliwy związek lub duże grono przyjaciół czy satysfakcjonująca praca to nie powód, aby zaniedbywać sąsiadów, aby nie być aktywnym społecznie. Wręcz przeciwnie, trzeba korzystać z tego, że aktualnie mamy wokół siebie ludzi oraz jakie to nam daje poczucie bezpieczeństwa. Warto być bliżej innych ludzi, bywać w miejscach, w których masz możliwość ich poznać. Nie znamy przyszłości. Nie wiemy, co nas czeka. Jeśli, dajmy na to, praca pochłania cały nasz czas i utrzymujemy wyłącznie relacje zawodowe, w którymś momencie może się to okazać niewystarczające. Pewnego dnia będziemy potrzebować pomocy swoich sąsiadów i wtedy może się okazać, że nie mamy się do kogo zwrócić.

Pocieszające jest to, że jeśli masz dobre relacje choć w jednym z kręgów społecznych, to poszerzanie ich jest o tyle prostsze, że istnieje tzw. pozytywne koło przyjaźni. Polega ono na tym, że osobie bardzo szczęśliwej w związku będzie dużo łatwiej podobać się innym osobom, zdobyć przyjaciół, poznać sąsiadów, zapisać się na różne aktywności, a nawet znaleźć dobrą pracę.

Natomiast osobie zupełnie odizolowanej, która nie ma już żadnego kontaktu ze światem, będzie bardzo trudno wszystko odbudować. Trudniej będzie tak od razu znaleźć małżonka, który chciałby razem dzielić życie. Dlatego nie należy zbyt dużo wymagać od razu. Jeśli jest się bardzo odizolowanym, a pragnie się mieć towarzysza życia, lepiej nie szukać bezpośrednio żony czy męża, ale zacząć od sytuacji społecznych umożliwiających zwykłe kontakty ze ludźmi. Poprzez różne aktywności, w miarę spotykania się, zawiązują się więzi, niektóre z nich rozwiną się w przyjaźnie, a kto wie, może znajdzie się także bratnia dusza.

Zwolennicy teorii kręgów podkreślają również, że chyba najistotniejszą sprawą jest wzajemność: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” oraz ich konsekwencja, czyli „Czyń innym tak, jak chciałbyś, aby tobie czyniono”.

Chciałabym, aby czas Świąt dla każdego był radosny. Wtedy sezonowa deprecha nie daje się tak bardzo we znaki 🙂 Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe. Ale warto nad tym pracować. Jak sami o siebie nie zadbamy, to kto to zrobi za nas? A w tej konkretnej sytuacji dbanie o siebie jest równocześnie dbaniem o drugiego człowieka. Układ idealny 🙂

Pozdrawiam wszystkich świątecznie. I radośnie (pomimo różnych kłopotów i niedoskonałości mego życia .

***

dziecko to nie partner

O konkursie:

Zastanawiałam się, który tekst podrzucić do konkursu TEKST ROKU. Najczęściej odwiedzany? Najzabawniejszy (moim zdaniem)? Najlepiej napisany? Najpoważniejszy? Najbardziej obrazoburczy lub skandaliczny? Albo jeszcze jakiś inny?

Pomyślałam, że skoro to konkurs, to trzeba dać to, co jest najlepiej napisane, czyli coś ciekawego, ale przede wszystkim językowo dobrej jakości.

Przeglądałam właśnie teksty zgłoszone na konkurs i okazało się, że kompletnie nie wyczułam specyfiki tej rywalizacji. Ważny jest bowiem temat, zagadnienie, problematyka. Nie mówię, że język się nie liczy, ale decydować będą inne… walory. Tekst może być zgrabnie zredagowany, ale istotne będzie, jak sądzę, to, o czym został napisany. Tak wnioskuję po analizie popularności poszczególnych tekstów.

Pal licho, gdyż nie liczyłam na zwycięstwo w żadnej kategorii. Wystartowałam, bo to świetna okazja do nawiązania ciekawych znajomości, a na to liczę najbardziej (już kilka nawiązałam )Myślę, że mój blog jest zbyt niezdecydowany, by móc pretendować do zwycięstwa. Prześlizguję się w nim po tak różnych zakamarkach świata. Nie potrafię przystanąć przy którymś fragmencie rzeczywistości i głęboko się jej przyjrzeć. Na tyle głęboko i wnikliwie, by poświęcić mu cały blog. Ale nic to, jak mawiał Mały Rycerz To, co mnie otacza, jest na tyle fascynujące, frapujące, że będę prześlizgiwać się dalej, nie decydując, czy wolę life style, parenting, kulturę, czy życie. Zrobię to na tyle dokładnie, na ile zdołam.

Chciałabym mieć więcej czasu, by więcej pisać. Serio. To takie przyjemne. Jednak niemożliwe. przy intensywnej pracy zawodowe, dzieciach, domu i jeszcze chęci, by poczytać nie jestem w stanie znaleźć więcej czasu. Niestety. Poza tym, tworzenie tekstu to najczęściej impuls. Coś pojawia się w głowie i wtedy trzeba to szybko opisać. Wypracować się nie da. A przynajmniej ja tak nie umiem. To, co najlepiej mi wychodzi, zostało stworzone chwilą. Wtedy po prostu słowa same wpadają do głowy i proszą o utrwalenie ich na wirtualnym papierze… Sporo siedzi już w mojej głowie, ale na spisanie ich historii potrzebuje więcej czasu aniżeli chwilowo go mam. Poza tym, jak w życiu jest dużo zawirowań, to i bałagan w słowach się pojawia i trudno je ujarzmić.

Tak więc, podsumowując, ciekawa jestem, który tekst wygra, który blog – czy moje przypuszczenia się sprawdzą. Ale że intuicja w kwestii wyboru tekstu tak mnie zawiodła… starość czy co… ???

Zobacz także:

Dziecko nie jest najważniejsze??

Cóż… niewykluczone, że posypią się na mnie gromy, gdyż głosić będę to, co obecnie niemodne i nie-trendy.

Od ładnych paru, a może nawet paru-nastu lat często słyszy się, że dziecko jest najważniejsze, dziecko jest centrum wszystkiego itp. itd. Ja się z tym nie zgadzam. Dziecko chowane w poczuciu, iż jest absolutnie najważniejsze, nie zrozumie, jak powinno funkcjonować społeczeństwo. Nie pojmie tej prostej prawdy, że żyjemy przede wszystkim dla innych a nie tylko dla siebie. Takie dziecko skupiać się będzie na sobie. Ja to… ja tamto… daj MI… ja muszę… ja mam prawo…

Jako matka uważam, że jestem tak samo ważna, jak moi synowie. (Zobacz też: )

Jako nauczyciel uważam, że moi uczniowie są tak samo ważni w szkole, jak ja czy obsługa administracyjna placówki.

Najważniejszy jest człowiek. Nie dziecko.

Okazuje się, że nie jestem odosobniona w swoich poglądach. Na szczęście. Tu i ówdzie zaczyna się przebąkiwać, że modne od jakiegoś czasu psychologiczno-pedagogiczne poglądy może niekoniecznie są słuszne. Czyżbyśmy wreszcie zaczynali dostrzegać, że wychowujemy pokolenie egoistów? Niejednokrotnie niesamodzielnych? Albo i krnąbrnych?

Pewien człowiek napisał książkę „Sześć podstawowych zasad. Jak wychować zdrowe i szczęśliwe dzieci”. To John Rosemond. Mądry gość. Twierdzi, że dziecko należy zdjąć z piedestału, o ile naprawdę chcemy, by było szczęśliwe i spełnione jako człowiek.

Polecamy:

Jak więc utrudnić życie dziecku, by było mu łatwiej?

1. Dziecko to nie partner.

Wydaje się jasne, prawda? Nie może być mowy o partnerstwie, skoro odpowiedzialność leży tylko po jednej stronie – rodzica. Nie można być kumplem własnego dziecka. Ono tego nie chce. Ono pragnie, by ktoś był za nie odpowiedzialny, wyznaczał granice, otoczył opieką. Kumple są od czegoś innego.

2. Odrobina stresu jest potrzebna.

Nie tylko stresu. Złości, frustracji. To uczucia konieczne, hartujące dziecięcą psychikę. Jeśli zaznamy totalnej sielanki jako dzieci, nie poradzimy sobie z trudnymi sytuacjami jako dorośli.

3. Słowo „nie” jest niezbędne. Stosuj kilka razy dziennie.

Nie ma nic gorszego, niż zgadzanie się na wszystko. Mówienie „tak”, no bo głupio powiedzieć „nie” i sprawić przykrość. A ta przykrość jest konieczna. Czy w życiu zawsze słyszymy „tak”? Odmawiajmy dziecku, niech się uczy od małego, bo life is brutal.

4. Słuchaj opinii swojego dziecka, ale niekoniecznie bierz je pod uwagę.

Każdy ma prawo do tego, by zostać wysłuchanym, co nie znaczy, że wszyscy wokół zastosują się do tego, co mówi. Jest dla mnie oczywiste, że dziecka trzeba wysłuchać, ale też rozsądnie wyważyć, kiedy powinno się wziąć pod uwagę jego opinię a kiedy nie.

5. Potrzeby mają górować nad zachciankami.

Te pierwsze obowiązkowo zapewniamy. Na drugie uważamy. I to do nas – rodziców należy decyzja o tym, co jest potrzebą a co zachcianką.

6. Posłuszeństwo jest ważne.

Dziś, w czasach, kiedy w gazetach podkreśla się, że dziecko NIE MA BYĆ grzeczne, moje pisanie o posłuszeństwie może wydać się co najmniej dziwne. Mam to gdzieś, wybaczcie. Uważam, że aby odnaleźć się w życiu, w otaczającym nas środowisku, społeczeństwie, trzeba przestrzegać pewnych zasad, wiedzieć, co można a co nie i stosować się do tego. A to nic innego jak bycie grzecznym. Dziecko MA BYĆ GRZECZNE. Powinno mieć ogładę; wiedzieć, jak należy się zachować w rozmaitych sytuacjach; mieć zahamowania, czyli zdawać sobie sprawę, że pewne zachowania są nie na miejscu; dostrzegać potrzeby ludzi wokół. To jest bycie grzecznym. Dziecko, które jest takie, poradzi sobie i jako uczeń, i jako dorosły człowiek.

7. Czasem musi wystarczyć „Tak ma być!”

Zgadzam się. Wchodzenie z dzieckiem w dyskusję nie zawsze ma sens i uzasadnienie. Niekiedy rodzic ma prawo powiedzieć: Zakładasz czapkę, jest mróz. I już. I nie ma co dyskutować. Masz wrócić do domu o 20. I już. Oczywiście, inaczej to wygląda, kiedy dziecko ma 13 lat a inaczej, gdy ma 6. Wiem jednak z doświadczenia, że tłumaczenie się dziecku ze swoich decyzji bywa niebezpieczne. Jeśli robimy to za każdym razem, młody człowiek zacznie wymagać od nas, byśmy za każdym razem uzasadniali swoje decyzje. A to nie jest nasz obowiązek!

8. I chyba najważniejsze: dziecko jest ważne, rodzice też, tak samo a kto wie, czy nie bardziej.