wychowanie

Jedna z moich koleżanek w czasie ostatniej naszej rozmowy stwierdziła, iż cieszy się, że ma niegrzeczne dziecko. Bo fajnie mieć łobuziaka w domu. Hmm…  Co znaczy słowo GRZECZNY? Chyba nie trzeba tłumaczyć bo myślę, że dobrze wiecie. Ja wszystkim życzę grzecznych dzieci. Dlaczego? Bo grzeczność wiąże się z wysoka kulturą osobistą i umiejętnością przestrzegania pewnych zasad. Człowiek grzeczny zna swoje miejsce, umie odnaleźć się w otaczającym go świecie, m.in z uwagi na to, iż go szanuje.

Wolę grzeczne dzieci. To, że są posłuszne, nie oznacza, że nie są kreatywne czy asertywne. Autorka tamtego bloga twierdziła np., że grzeczny nie umie odmówić. Otóż, grzeczność nie wiąże się z asertywnością. Grzeczny odmówi w sposób kulturalny. Niegrzeczny odmówi prawdopodobnie „po chamsku”. I tyle.

Wolę grzeczne dzieci. Bo wiedzą, w jaki sposób zachować się w rozmaitych sytuacjach. To, że są grzeczne nie oznacza, że są nudne czy stłamszone. Absolutnie.

I tak sobie pomyślałam, że te niegrzeczne dzieci to w dużej mierze (może nawet największej) efekt bezstresowego wychowania, które jest szalenie modne. A niech sobie dziecko krzyczy, kiedy chce (no, przecież musi otwarcie okazywać swoje emocje); niech robi, co chce (nie wolno zabijać jego indywidualności), niech mówi, kiedy chce…

Oczywiście, i pokrzyczeć czasem trzeba. Ale wszystko w pewnych granicach. Nie wtedy, kiedy nam się podoba.

Od razu zaznaczam, to, co piszę, nie dotyczy sytuacji wyjątkowych, np dziecięcych dysfunkcji czy poważniejszych chorób, które mogą powodować, nazwijmy to, łobuzowanie dziecka. Piszę o większości dzieci, nie obciążonych żadnymi „brakami”. Czy więc wychowywać należy bezstresowo? Odpowiedź wydaje się jasna jak słońce. Przynajmniej dla mnie.

Nie ma nic gorszego aniżeli bezstresowe wychowanie. Każdemu potrzebna jest przynajmniej odrobina adrenaliny, poczucia niepewności czy strachu. W rozsądnych dawkach jest to bardzo stymulujące. To tak jak rywalizacja – pobudza do działania, większego wysiłku, lepszej pracy. Oczywiście, pod warunkiem, że nie zamienia się w przysłowiowy wyścig szczurów.

Tymczasem w dzisiejszych czasach, jeżeli nawet tego tak nie nazywamy, „modne” i „trendy” jest wychowywanie dziecka właśnie bezstresowo. Nawet już nie wypada mówić o karaniu. Należy używać określenia „wyciągamy konsekwencje”, jakby słowo „kara” miało wywołać w dziecku jakąś traumę.

Coraz częściej dzieciom wolno więcej i więcej, nie stawia się im granic albo jakieś stawia, tyle że się ich nie przestrzega. W związku z tym i wymaga się mniej – w zakresie wychowania, tzw. kindersztuby, kultury osobistej itp. Zapracowani (z musu albo z chęci, jedni dążą do zdobywania pieniędzy na własne zachcianki, albo aby żyć na określonym wysokim poziomie, inni natomiast mają kredyt – często jest to kredyt hipoteczny) rodzice zaczynają tracić kontrolę nad poczynaniami własnych pociech w pogoni za pieniędzmi.

Takie wychowanie w domu w naturalny sposób przekłada się na przykład na funkcjonowanie dziecka w szkole.

Dzieci spędzają tam bardzo dużo czasu, zwłaszcza w szkołach niepublicznych. Nierzadko wracają do domów ok godziny 17, 18. Szkoła staje się dla nich drugim domem, wychowawca w pewien sposób drugim rodzicem. Oboje starają się wychowywać młodego człowieka, pomóc mu iść po „dobrej stronie mocy” . Jest to jednak proces szalenie trudny. Szkolne systemy oceniania zderzają się bowiem z domowymi systemami oceniania, które bywają tak różne, jak różni są ludzie wokół nas. Póki rodzic współpracuje ze szkołą, podtrzymuje autorytet „belfrów”, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przypadku jakichkolwiek kłopotów wychowawczych, damy sobie z nimi radę. Niestety, coraz częściej zdarza się, że tego współdziałania brak.

Jakiś czas temu zaszokowała mnie wypowiedź jednej z polskich gwiazd, która w telewizji śniadaniowej stanowczo stwierdziła, że cokolwiek zrobi w szkole któreś z jej dzieci, ona i tak stanie po ich stronie. Nie ma znaczenia, co i w jak dużym stopniu „nabroją”, ona będzie walczyć z nauczycielami w ich imieniu. Po to jest matką, żeby zawsze bronić swoich pociech. Jej wypowiedź szybko znalazła się w internecie i była szeroko komentowana. Wielu osobom spodobało się jej podejście (sic!). A przecież jest ono karygodne! Matka ma kochać, ale jak trzeba, odpowiednio skarcić. Przepraszam, przepraszam – wyciągnąć konsekwencje.

Dziecko, które wie, że cokolwiek zrobi, i tak rodzice go wybronią, staną po jego stronie, ma, moim zdaniem, skrzywiony obraz rzeczywistości. Mało tego, rodzice postępujący jak wspominana gwiazda, wyrządzają mu ogromną krzywdę. Pokazują, że może praktycznie wszystko, jest wolny, a za „psoty” nie spotka go nic złego. Dlaczego więc nie psocić?

Zobacz także: Ulica Miętowa | Pomnik Jana Pawła II | Wiadukt Siemianice | kalkulator kredytowy | Ulica Jagodowa | Park | kredyty hipoteczne | oprocentowanie kredytu hipotecznego | Ulica Ku Słońcu

Podobnie dzieje się, gdy w domu nie stawia się granic i od czasu do czasu nie mówi dziecku: Nie, tego ci nie wolno. Są sytuacje, kiedy tak właśnie musi być. Pewnych rzeczy dzieciakom po prostu nie wolno. Nie dotykaj czegoś, co nie jest twoje. Zapytaj o pozwolenie, jeśli chcesz coś wziąć albo coś poważniejszego zrobić. Zwracaj się z szacunkiem do osób, z którymi rozmawiasz. Nie jesteś partnerem rodziców, jesteś ich dzieckiem, a więc nie podnoś na nich głosu. Jeśli ktoś prosi cię o ciszę, uszanuj to. Jeżeli umawiamy się na coś, MUSISZ dotrzymać słowa… I tak bym mogła wymieniać (prawie) w nieskończoność.

O ile łatwiej byłoby nam wszystkim – w szkole, w domu – gdybyśmy o tym pamiętali. O tym, że nikt nie funkcjonuje dobrze bez granic i poczucia, że NIE WSZYSTKO NAM WOLNO. A zasady są jednak głównie po to, żeby się do nich stosować.